Szanowny użytkowniku,
informujemy, że nasza strona nie jest obsługiwana przez starsze typy przeglądarek internetowych. Rekomendujemy skorzystanie z:

  • Chrome w wersji 60 lub nowszej
  • Firefox w wersji 60
  • iOS w wersji 12
  • Safari w wersji 12
  • Microsoft Edge

Chwila, która trwa… 27 lat

Opublikowano: 2026-02-13, 09:00

Był przekonany, że do pracy na kolei przychodzi tylko na chwilę. W marcu minie 27 lat od tamtego momentu, a Rafał Nowakowski ma już na zawodowym koncie doświadczenie zdobyte w trzech Zakładach. O swojej drodze opowiada Katarzynie Matusz.

Kolej to dla Pana…?

Misja. Każdy dzień jest inny, od 1999 r. żaden się nie powtórzył. Kiedy wychodzisz z domu, nigdy nie wiesz, co cię spotka. Nikt nie jest w stanie przygotować cię na każdą sytuację, która może się zdarzyć na torach, ale ta nieprzewidywalność jest w pewnym sensie ekscytująca. Tę pracę trzeba lubić, liczyć się ze służbami w święta, soboty, niedziele…

Pana dziadek był zawiadowcą w Kotlinie, wujek także pracował na kolei. Siostra jest zatrudniona w naszej Spółce. Ale Pana droga na kolej nie była taka oczywista…

Uczyłem się w Zespole Szkół Technicznych w Ostrowie Wielkopolskim, w klasie o profilu technik elektronik. Zdałem maturę i poszedłem do pracy. Nie mogłem sobie pozwolić na studia dzienne. Znalazłem pracę w sklepie z telefonami stacjonarnymi, faksami, tuszami w Jarocinie – pierwszym tego typu sklepie sieci Plus w rejonie. Zatrudniliśmy się tam razem z kolegą, zrobiliśmy licencję uprawniającą do sprzedaży telefonów. To były inne czasy, czekało się na zgodę operatora na wydanie karty, mnóstwo było przy tym formalności.

Pracodawca był zadowolony, jednak Pan uznał, że to nie jest ta droga.

Wiedziałem, że to nie dla mnie, wybawieniem okazało się powołanie do wojska – radiolokacji w Koszalinie. Bardzo dobrze wspominam ten czas. Nauki było dużo, a ja byłem jednym z lepszych w jednostce i dzięki temu skierowano mnie do Warszawy, do Garnizonu Obrony Przeciwlotniczej. W tym czasie zaczęła obowiązywać skrócona służba wojskowa i spędziłem tam tylko rok. Po wyjściu z wojska skierowałem się do urzędu pracy, gdzie zaproponowano mi etat… w sklepie elektronicznym. [śmiech] Byłem też po wstępnych rozmowach w Przewozach Regionalnych i 8 marca 1999 r. zatrudniłem się tam na stanowisku konduktora.

Zbliżała się restrukturyzacja.

Wiedziałem, że zostanie wydzielona spółka specjalizująca się w przewozach kwalifikowanych, z pociągami pospiesznymi i ekspresowymi, a Przewozy Regionalne będą funkcjonować jako linie podmiejskie, ze składami zatrzymującymi się co przystanek. Szukano do niej chętnych. Zgłosiłem się, bo chciałem jeździć szybciej i na dłuższych odcinkach. I tak przyszła zmiana na PKP Intercity.

Na jakich stanowiskach w tym czasie Pan pracował?

Konduktorem byłem długo – około dziewięciu lat. Później, po trzymiesięcznym kursie, zostałem kierownikiem pociągu i na tym stanowisku przepracowałem niecałe cztery lata. W 2011 r. aplikowałem na stanowisko instruktora handlowego, do czego przygotowywałem się pół roku. Ukończyłem studia podyplomowe w Wyższej Szkole Bankowej we Wrocławiu – ze specjalnością trener biznesu. A później złożyłem CV na stanowisko zastępcy dyrektora ds. handlowych w Krakowie. Zbliżały się wakacje, byłem z rodziną w Karpaczu. Zapytałem, kiedy odbędzie się spotkanie rekrutacyjne, i na wszelki wypadek wziąłem ze sobą garnitur i telefon służbowy. W środku urlopu zaproszono mnie na spotkanie z prezesem. Następnego dnia otrzymałem informację, że przede mną kolejna rozmowa, i udało się – otrzymałem tę posadę.

Z tygodnia na tydzień znalazł się Pan w zupełnie nowym dla siebie miejscu.

3 sierpnia 2013 r. przeniosłem się do Krakowa. Nie znałem tam nikogo. Pierwszy dzień był spokojny, ale drugiego dostałem już teczkę ze sprawami związkowymi do rozwiązania. Przez tydzień spotykaliśmy się z podwładnymi i ustalałem zasady. Dwa lata później zaproponowano mi objęcie stanowiska dyrektora regionalnego ds. drużyn konduktorskich w Warszawie. A już w 2016 r., po zmianach strukturalnych, dostałem propozycję, żeby wrócić do Krakowa jako dyrektor handlowy. Jednym z trudnych zadań, z którymi przyszło mi się wtedy zmierzyć, było skoordynowanie pracy w czasie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.

Jak wyglądały przygotowania do tego wydarzenia?

To były trzy miesiące intensywnej pracy. Światowe Dni Młodzieży to impreza masowa, na którą przyjeżdżają młodzi ludzie z całego świata. Przy jej organizacji współpracowaliśmy z innymi Zakładami i Centralą, PLK i Kolejami Małopolskimi, a nasze zadania polegały na dopracowaniu rozkładów jazdy, zajęciu się kwestiami bezpieczeństwa, przygotowaniu pod tym względem dworca w Krakowie, co nie było łatwe, a także sterowaniu ruchem, zabezpieczeniu kas, COK-u. Główne uroczystości odbywały się na Błoniach krakowskich, a także w Częstochowie, a z tym wiązały się przejazdy. Musieliśmy więc skoordynować ruch pociągów i zapewnić miejsce podróżnym, a wiemy, że perony nie są z gumy. Byliśmy odpowiedzialni za sterowanie ruchem, informowanie o przyjazdach pociągów. Zabezpieczyć trzeba było również osoby z otoczenia papieża. Na dworcu działał sztab. Zdaliśmy ten egzamin na piątkę z plusem.

Skończyły się Światowe Dni Młodzieży i wkrótce życie zatoczyło koło, w 2018 r. wrócił Pan do Poznania.

Związałem się z Zakładem Południowym. Jednak wszyscy wiedzieli, że chcę wrócić do Poznania. Dyrektorem się bywa. Gdy zmieniałem miejsca pracy, nie ciągnąłem rodziny ze sobą do każdego miasta. Często podróżowałem. Gdy zaczynałem, całą noc jechałem do Krakowa, teraz taka podróż trwa cztery i pół godziny. Obecnie jadę godzinę pociągiem do pracy i codziennie wracam do domu. Jestem zadowolony ze swojej drogi zawodowej. Czasem zadaję sobie pytanie: co by było, gdybym w 2015 r. powiedział „nie”? Na pewne rzeczy mamy większy wpływ, a czasem wybór jest zero-jedynkowy. I jestem przekonany, że każda decyzja w życiu ma sens. Miałem to szczęście, że zawsze trafiałem na fajnych ludzi i razem zrobiliśmy wiele wartościowych rzeczy.