Szanowny użytkowniku,
informujemy, że nasza strona nie jest obsługiwana przez starsze typy przeglądarek internetowych. Rekomendujemy skorzystanie z:

  • Chrome w wersji 60 lub nowszej
  • Firefox w wersji 60
  • iOS w wersji 12
  • Safari w wersji 12
  • Microsoft Edge

Kolejarz od pokoleń

Opublikowano: 2026-02-27, 08:30

Jego dziadek i ojciec pracowali na kolei jako dyżurni ruchu i zawiadowcy. Brat jest kierownikiem pociągu w naszej firmie. Sam podczas rozmowy kwalifikacyjnej na Dworcu Centralnym usłyszał: „Widzimy pana w tej pracy, ale jak to będzie, gdy będzie pan musiał przyjechać na trzecią nad ranem?”. Odpowiedział: „Przyjadę”. Tak oto w strukturach naszej firmy pracuje – czy to w Warszawie, czy w Białymstoku – od 2002 r. Z Krzysztofem Wilińskim rozmawia Katarzyna Matusz.

Pana przygoda z koleją rozpoczęła się w Olsztynie. Po drodze było też wojsko.

W Olsztynie się urodziłem, zresztą w szpitalu kolejowym. Gdy miałem 7 lat, nasza rodzina przeprowadziła się do Białegostoku i tu mieszkam do dziś. Po ukończeniu szkoły, zanim podjąłem pracę, byłem w wojsku. Chciałem zostać zawodowym żołnierzem, ale akurat był to czas przemian, więc zdecydowałem się pójść na kolej. Okres spędzony w koszarach nauczył mnie dyscypliny, niepoddawania się i bycia odrobinę szorstkim, wtedy kiedy trzeba. Te 18 miesięcy to był wymagający czas, w którym poznałem mnóstwo osób, wiele sprzętów i musiałem podjąć szereg decyzji. Miałem styczność z ostrą amunicją i przeróżnymi sytuacjami…

Czy ta służba zaprocentowała w Pana późniejszej pracy?

Dzięki temu doświadczeniu potrafię na pewne rzeczy patrzeć spokojnie. Jestem członkiem różnych komisji analizujących rozmaite zdarzenia, w tym wypadki kolejowe, i jestem w stanie jakoś to sobie poukładać. O ile zdarzenia z przedmiotami czy zwierzyną to problemy mniejszej wagi, bo jest to tylko kwestia szkód dla pracodawcy i naprawy taboru, o tyle wypadki, w których giną osoby dorosłe czy dzieci, zawsze gdzieś zostają w głowie i trzeba sobie z tym radzić. Firma pomaga, są psychologowie, z którymi można się umówić.

Jak zaczęła się Pana kariera w PKP Intercity?

Rozpocząłem ją od stanowiska referenta handlowo-przewozowego, czyli konduktora, i wtedy zajmowałem się częścią handlową. Później byłem kierownikiem pociągu, wszedłem więc na wyższy poziom, bo oprócz kwestii handlowych w zakresie moich obowiązków były także bezpieczeństwo i eksploatacja, w związku z czym musiałem trochę wiedzieć o taborze, którym się jeździ. Kiedy pracowałem na stanowisku odbiorcy technicznego, od handlu już odszedłem, ale napraw taboru, lokomotywy czy wagonu dalej się uczyłem. Potem byłem mistrzem, więc doszły harmonogramy pracowników, infrastruktura, energetyka, eksploatacje i naprawy.

A teraz?

Na stanowisku zastępcy naczelnika Sekcji Handlowo - Przewozowej w Białymstoku mam dużo więcej obowiązków, pracowników i pytań. W tej firmie przeszedłem kilka etapów, miałem styczność z handlem, energetyką, infrastrukturą, podróżnymi, eksploatacją, naprawami, drużynami konduktorskimi i trakcyjnymi, rewidentami, ustawiaczami itd. W tym wszystkim jestem w stanie się odnaleźć. A gdybym był na dwutygodniowym urlopie, to mam mistrzów, którzy w pewnych rzeczach mnie zastąpią, i panią naczelnik odpowiedzialną za zarządzanie.

Jest Pan zadowolony z tej sekcji?

Tak, doceniam, że mam taką fajną kadrę. Aż chce się przychodzić do pracy. Cały czas staramy się ją rozwijać, w miarę potrzeb, możliwości i zgód naszych przełożonych. Chcemy iść z duchem czasu, udoskonalać firmę, bo widać, że za chwilę rynek będzie przed nami stawiał dużo nowych wyzwań. Oczywiście w czasie moich ponad 20 lat pracy zdarzały się momenty, w których myślałem o rezygnacji, o tym, żeby pójść gdzieś indziej, spróbować czegoś nowego. Ale zawsze w takich chwilach przychodzą do mnie moi pracownicy i mówią: „Weź, Krzysiek, zostań”. Nie jestem typowym przełożonym, który tylko wymaga, lecz takim, który czasami przyjedzie, poklepie, podziękuje. Nie musi to być nagroda finansowa, może to być gadżet firmowy ofiarowany w podziękowaniu, który pracownik przyjmie, postawi na półce, a gdy na niego spojrzy, pomyśli, że dostał go za coś, i będzie wdzięczny.

Jakie zasady przyświecają Panu w zarządzaniu?

Wychodzę z takiego założenia, że dla swoich pracowników jestem dostępny 24 godziny na dobę, dla rodziny tak samo. Zwykle jest tak, że kładę się spać o dwudziestej drugiej, a pięć minut później dzwoni telefon, bo w pracy coś się dzieje. I nie ma czegoś takiego, że odpowiadam: „nie dzwoń, jestem po pracy”. Nigdy tak nie było, no poza sytuacjami wyjątkowymi, gdy np. rodziła mi się córka i byłem w szpitalu. Wtedy miałem przy sobie telefon, odpisywałem, gdzie jestem, i przekierowywałem dzwoniącego do innej osoby.

Siedzimy w Pana gabinecie, sporo ludzi się tutaj przewija, a Pan ma czas dla każdego.

Nie zawsze jest pięknie, miło i wesoło, bo życie nie jest usłane różami i są scysje. W głowie mam jednak to, że razem przyszliśmy do pracy i ten wózek musimy ciągnąć wspólnie, wyjaśnić coś we własnym gronie. Znamy się, zażyłości w pracy są mile widziane, bo to czasami ułatwia pracę, ale trzeba też mieć tę świadomość, że jak zawaliłem sprawę, to biorę to na klatę, kończymy temat i idziemy dalej. To samo tyczy się nas, przełożonych. To nie jest tak, że nasi podwładni popełniają błędy, a ja jako przełożony tego nie robię. Też je popełniam i nade mną też są przełożeni, którzy widząc to, mówią mi, że zrobiłem coś źle, że mam coś wyjaśnić, i ja muszę to przyjąć. Dlaczego? Wszystkiego się uczymy.

Dużo też rozmawia Pan z podróżnymi.

Niejednokrotnie jest tak, że do mojego pokoju przychodzą pasażerowie z jakąś skargą. I 99,9 proc. problemów rozwiązuję tu, na miejscu, nie trafiają one gdzieś dalej. Najprościej zrobić kontrę do problemu. Podróżny widzi wtedy inne podejście. No i się zaczyna. Czasami spędzam z nim 15 minut, a nieraz nawet godzinę. Bywa, że te niewielkie sprawy się ciągną, a później, gdy pytam, czy podać druk reklamacyjny, pasażer stwierdza: „Nie, nie róbmy kasjerce problemu”. I na tym sprawa się kończy.

Czy w naszej branży ludzie nawzajem się wspierają?

Mam grono znajomych, którzy pracują w innych spółkach kolejowych, zarówno pasażerskich, jak i towarowych, i bywa tak, że wiele spraw załatwiamy przez telefon. Kiedyś zadzwoniłem do kolegi z jednej z prywatnych spółek towarowych, miałem problem na szlaku ze swoim pociągiem. Powiedziałem mu: „Tam jest twoja lokomotywa, twój maszynista, czy mógłbyś mi wykonać takie manewry?”. W odpowiedzi usłyszałem: „Spoko, już przekazuję informację”. Za jakiś czas on do mnie zadzwoni, powie, że jego lokomotywa będzie się u nas kręciła, że musi zrobić to i to. I też mu pomogę. Są więc sytuacje, w których załatwiamy sprawy bezpośrednio, po znajomości. A są takie, w których faktycznie trzeba sporządzić protokoły, dokumenty, zamówienie, bo okoliczności tego wymagają.

Ceni Pan swoich przełożonych.

W pracy trafił mi się dyrektor, do którego mam ogromny szacunek. Wykształcił wiele pokoleń kolejarzy, a do tego trzeba mieć nerwy, zdrowie i chęć pracy z ludźmi. Ważni są dla mnie również ci, których spotkałem na swojej dalszej drodze: dyrektorzy, naczelnicy. Jeden z nich zawsze żartobliwie mawiał: „No co tam, Wiliński, żeście nawyprawiali?”. (śmiech)